Glider Ink

G

Ktoś taki jak ty

napisali Paweł Ngei i Ana Sun, tłumaczenie Martyna Łysakiewicz

Hackerspace Glider CC-BY-SA Mike Liuzzi
Hackerspace Glider CC-BY-SA Mike Liuzzi

Pociągnąwszy za zamek błyskawiczny czarnego rękawa, Suz otworzyła go tak, aby rozłożył się na płasko, odsłaniając przewody łączące elektrody, wpełzające do niewielkiej, stworzonej przez nią kieszeni, w której przechowywała maleńki kontroler.

Stworzyć kopię okablowania czy zaprogramować nową wersję? Suz zabębniła palcami o blat stołu zamyśliwszy się nad kolejnym krokiem. Oczami wędrowała od eksplozji żywych barw, przedstawiających na ścianie wizerunek Ady Lovelace, do mieszczącej w sobie ciche ambicje drukarki 3D. Obok niej stał regał pełen przezroczystych pudeł, wypełnionych po brzegi projektami w różnych stadiach ukończenia.

Poranki były ciche i cenne; często miała całą przestrzeń hackerspace’a - Glidera - dla siebie przez przynajmniej kilka godzin. Większość członków przychodziła wieczorami albo była nocnymi markami, którzy do domu wracali dopiero o świcie. Możliwość usłyszenia własnych myśli, niezagłuszonych resztą świata, stanowiła prawdziwy luksus.

Jesienne słońce przebijało się przez grube chmury, rozsiewając złociste światło przez pokryte kurzem okna i kilka roślin w hydroponicznych doniczkach, na wspólny stół, na którym Suz przeglądała efekty swojej pracy. Metal na niewielkim kontrolerze błyszczał.

Suz poprawiła umiejscowienie płytki. Wolałaby pracować nad kontrolerem bliżej weekendu, kiedy nikt by jej nie przeszkadzał. Nie powinno stanowić to trudności – biblioteka open source, z której korzystała, stanowiła porządną podstawę– ale nie było dla niej nic gorszego od konieczności przerwania pracy i pójścia na zajęcia akurat wtedy, kiedy wpadła w rytm programowania.

Szturchnęła przewody by sprawdzić ich połączenia. Kolejny prototyp wymagałby więcej elektrod. Wydajnym rozwiązaniem byłoby stworzenie wzoru na podstawie oryginału, na którym mogłaby później się opierać. Zerknęła na wiszący na ścianie zegar. Miałaby czas na ukończenie schematu przed udaniem się na kampus na spotkanie z nowym promotorem. Tym samym podjęła decyzję.

Nucąc do siebie, Suz podeszła do szafki na artykuły piśmiennicze po drugiej stronie pokoju, mijając stary sowiecki syntezator i ulubioną maszynę do szycia Mandy – wiktoriańskiego Singera umieszczonego na rusztowaniu - i parę Marshallów z lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Jedną ręką chwyciła ołówek i wyjęła duży arkusz kalki kreślarskiej. Właśnie zaczynała kreślić położenie elektrod w dwóch wymiarach, kiedy Drzwi frontowe otworzyły się z kliknięciem.

– Wcześnie dzisiaj przyszłaś, guapa! – Ciepły głos zawołał do niej od wejścia.

– Nie, Mandy, to ty wcześnie przyszłaś – Suz odpowiedziała przyjaciółce, ani razy nie odrywając wzroku od kreślonych przez siebie linii. Przyłapała się na uśmiechu. Mandy zawsze wpędzała ją w dobry nastrój. – “Qué tal?”

– Bien! Oczywiście, że dobrze! Czy ja kiedykolwiek miewam się źle? Usłyszała szmer. Mandy odwieszała właśnie kurtkę. Następnie rozległ się huk, gdy zrzuciła na podłogę obok syntezatora torbę listonoszkę.

Amanda CC-BY-SA Cayla Chicovsky
Amanda CC-BY-SA Cayla Chicovsky

Suz wstała i powitała ją buziakiem w powietrze, starając się nie zaplątać w ogromne słuchawki. Mandy zawsze nosiła je wokół szyi w tych rzadkich momentach, w których akurat nie słuchała muzyki. Pełna figura przyjaciółki wyraźnie kontrastowała z patykowato-chudą sylwetką Suz, od której była też zdecydowanie niższa.

– Wygląda super! – Mandy pokiwała głową w kierunku projektu Suz znajdującego się na stole – działa tak jak chciałaś?

– Tak, wykonuje podstawowe zadania. Mogę wydać polecenie aparatowi by złapał ostrość i zrobił zdjęcie – powiedziała Suz – jednak tylko w trybie automatycznym. Przy kolejnym prototypie idę w całkowitą manualność.

– Fajnie, bardzo fajnie! – Pochwaliła Mandy – ale zdajesz sobie sprawę z tego, że jest jeden problem, prawda?

– Jaki? – Niepokój wkradł się na twarz Suz.

– Jest czarny.

Suz wybuchła śmiechem.

Na początku, kiedy dołączyła do Glidera, ta barwna grupa hakerów i wynalazców zdecydowanie nie przypominała jej kół i klubów, do których należała na uniwersytecie. To właśnie Mandy ją powitała i zadbała o to, by zapuściła tam korzenie i poczuła się wspierana. Wyczuwszy nieśmiałość Suz, Mandy stanęła na rzęsach, by przedstawić ją reszcie społeczności, dyskretnie zapewniając okoliczności do interakcji z innymi. Wówczas Mandy ciągle nosiła różne odcienie czerni i szeregi chromowanych ćwieków. Z czasem, na przestrzeni kilku ostatnich lat, jej styl ubioru ewoluował z całkowitej monochromatyczności w wielobarwną eksplozję. Zgubiła po drodze ćwieki i czarną szminkę, ale zachowała kolczyki i tatuaże.

– Serio, poeksperymentuj z kolorami – Mandy uśmiechnęła się szeroko – mamy resztki tkanin Williama Morrisa o głębokim, pomarańczowym odcieniu, takim samym jak twoje włosy. Wyglądałabyś w tym zajebiście.

Odegrała maleńki pokaz mody, zarzuciwszy włosami w drodze kącika kuchennego w poszukiwaniu kawy.

– Ty dziś nie w szkole?

– Nie, nie mam dzisiaj porannych zajęć, ale muszę się niedługo zebrać na seminarium z promotorem. – Suz przeciągnęła ostatnie słowa, starając się odcisnąć na nich ten sam ciężar, który dźwigała na swoich barkach.

– A no tak! – Zawołała Mandy nad bulgoczącym czajnikiem. – Poradzisz sobie.

Suz zwątpiła - Nie odpisał mi na mojego maila. -

Łyżeczka delikatnie zadzwoniła o kubek podczas rozpuszczania cukru.

– Pewnie dostaje ich mnóstwo i nie nadąża. Jestem przekonana, że twój pomysł ich zachwyci. Jest genialny.

Ścieżka prowadząca do Glidera stanowiła jedno z ulubionych miejsc Suz. Panele słoneczne połyskiwały na niskim dachu z bezchmurne dni, zaś rośliny hodowane w komunalnym ogrodzie rzucały różne cienie zależnie od pory dnia i roku. Suz uwielbiała fakt, że panele po prostu imitowały rośliny w swojej niewidocznej magii, przekształcając światło słoneczne w energię.

Spacer w stronę kampusu zazwyczaj zajmował mniej niż pół godziny, jednak Suz zapewniła sobie odpowiedni margines czasowy, żeby móc w pełni korzystać z aparatu w taki słoneczny dzień. Poranek był rześki, a ona była wdzięczna za dodatkowe ciepło na prawym ramieniu, które zapewniał jej rękaw prototypu.

Obrała tego dnia inną trasę by uniknąć najtłoczniejszych ulic Często najciekawsze obiekty do fotografii ulicznej dało się łatwo dostrzec gołym okiem. Rzeczy, które ludzie mijali, ponieważ byli zbyt zajęci nadążaniem za tempem życia. Obiekty nasiąknięte nieopowiedzianymi historiami. Opuszczone krzesło, zagubiony dziecięcy bucik… lub zabawka zostawiona przez pomyłkę.

Na chodniku, przy niskim płocie, siedział pluszowy miś. Pokrywała go niewielka warstewka pyłu, być może dopiero co wypadł z dziecięcej rączki lub wózka. Suz wyciągnęła aparat z kieszeni i włączyła go jednym płynnym, wyćwiczonym ruchem. Palcami oplotła wydrukowany na drukarce 3d, specjalnie zaprojektowany przez nią uchwyt dla osób leworęcznych. Aparat był stabilny.

Zrobiła krok w tył i ukucnęła, skupiając soczewki na zabawce w lewym dolnym rogu kadru, zaś reszta ulicy rozpływała się, zbiegając się w prawej górnej części ujęcia. Napięła prawe przedramię. Rękaw odpowiedział. Wyostrzenie. Zwolnienie migawki. Przeciągnąwszy się, wstając wysoko nad pluszowym misiem, Suz ponownie napięła prawe przedramię. Wyostrzenie, zwolnienie migawki

– Jejku, jesteś niesamowita!

Obok Suz stała niska, korpulentna kobieta, która siwiejące włosy wciśnęła w pudroworóżową czapkę.

– Jesteś studentką fotografii? Mój syn studiuje fotografię. – Zatrajkotała kobieta. Nakreśliła ręką szeroki łuk, jakby pokazując, że cały świat stoi przed nim otworem – Robi to co ty, chodzi po ulicy i fotografuje co napotka. Robi to też w studiach! Ma wyszukany sprzęt i inne takie. Ale ty, kochana, powiedz mi, jak ty to robisz?

– Ja… - zaczęła odpowiada Suz, ale głos uwiązł jej w gardle, jakby zaciśnięty w suple tysięcy macek.

– Mam na myśli, że on zazwyczaj potrzebuje obu rąk i ledwo mu się udaje utrzymać ciężki aparat. Jak ty to robisz… w takim stanie? – Kobieta wskazała wzrokiem prawe ramię Suz, które, zamiast na w pełni ukształtowanej dłoni, kończyło się na okrągłym kikucie.

– Ja… – Suz usiłowała panować nad głosem. Głęboki wdech. – Mam swoje sposoby.

– Niesamowite! – Zachwycała się staruszka – muszę opowiedzieć synowi, że poznałam dziś taką niezwykłą młodą damę – Koniec z wymówkami!

Skarciła palcem powietrze przed twarzą, jakby jej syn stał tuż obok. – Miłego dnia, kochana! Noś się ciepło!

Suzanne CC-BY-SA Alisunki
Suzanne CC-BY-SA Alisunki

Suz zastygła na moment z zaciśniętymi wargami, kiedy kobieta odchodziła. Powinna już była się do tego przyzwyczaić, jednak jej gniew przypominał klatkę wściekłych lwów. Takie epizody działy się bez przerwy: ktoś w przypadkowych sytuacjach mówił jej, że jest inspirująca, chociaż ona po prostu robiła swoje. Tak jakby nie mieściło im się w głowie już to, że wstawała rano z łóżka i ubierała się, a co dopiero fakt, że znajdowała w sobie wolę by robić to, co sprawiało jej radość.

Schowała aparat, po czym podniosła opuszczonego misia i posadziła go wysoko na płocie.

– Cóż, coś nas łączy – przemówiła do niego – ludziom się wydaje, że nie możemy być prawdziwi.

Owinęła się szczelniej płaszczem, a następnie ruszyła biegiem w stronę kampusu uniwersyteckiego. Światło nadal idealnie nadawało się do zdjęć, ale minął jej nastrój.

Biuro Matthiasa znajdowało się na drugim piętrze budynku Wydziału Inżynierii Biomedycznej. Suz czasem się zastanawiała jakim cudem tak młody wykładowca zapracował na jedno z nielicznych dostępnych biur narożnych. Dobrze zdawała sobie sprawę z niewypowiedzianej, acz oczywistej hierarchii pośród kadry uniwersyteckiej i już dawno podjęła decyzję, że jej przyszłość nie wiąże się z uczelnią. Niemniej został jej już tylko jeden semestr nim otrzyma dyplom – będący ścieżką do spełnienia marzeń.

Matthias przechadzał się po wąskiej przestrzeni między swym biurkiem a oknem, kiedy dostrzegł ją w progu. Jego wysoka, patykowata sylwetka rzucała długi cień na podłogę, przypominający chudy kaktus na pustyni.

– Ah, Suzanne! – Ręką pomachał do niej, po czym wskazał na jedno z kolorowych, plastikowych krzeseł, stojących naprzeciwko jego poważnego, czarnego fotela – Wejdź proszę, nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie. -

Już drugi raz tego dnia Suz przyszła gdzieś wcześnie. Zsunęła plecak z ramion i położyła go sobie u stóp siadając. Nadal czuła się nieswojo po rozmowie z kobietą na ulicy. Do jej gniewnych lwów dołączyło całe stado niespokojnych dzikich zwierząt. Powinna była dać sobie czas na ochłonięcie po drodze, ale cóż – było już na to za późno.

– Tak więc – promotor pochylił się do przodu, układają palce w piramidkę – widziałaś już listę tematów do pracy dyplomowej, z których możesz wybierać?

– Tak, ale odpowiedziałam, że wolałabym nie pracować przy protezach, ja…

– Ach, tak. Wspominałaś, że masz już w głowie projekt – Matthias przerwał jej i poprawił na nosie okulary w czarnej oprawie.

Suz usiłowała przytoczyć wysłany przez siebie e-mail, w którym opisywała swój projekt interfejsu opartego na elektromiografii - analizie sygnałów elektrycznych z mięśni - który można byłoby dopasować do osoby bez kończyny, pozwalając jej na obsługę różnych urządzeń bez potrzeby angażowania nieporęcznych protez. Z przyczyn, które dla niej samej były niepojęte, protezy zawsze inspirowane były ciałami osób pełnosprawnych. Brakuje ci dłoni, to znaczy, że trzeba wymienić ci dłoń. Brakuje ci nogi, więc zrobimy dla ciebie sztuczną nogę.

Prawdziwe wyzwanie stanowił fakt, że interfejsy zawsze zakładały pełnosprawność. Suz była przekonana, że istniał potencjał tworzenia przykładów technologii dostosowywanych do człowieka, a nie na odwrót. Jej własny prototyp kontrolera aparatu udowodnił, że ta koncepcja może się sprawdzić.

Suz miała około pięciu lat, kiedy zdała sobie sprawę, że różni się od pozostałych dzieci. Czuła się nieswojo w otoczeniu innych, jednak nie miała poczucia, że czegoś jej brakuje. Dopiero kiedy dorosła i poznała więcej osób zdała sobie sprawę, że mogą to postrzegać inaczej. Osobom, którym niepełnosprawność przytrafiła się później w życiu, protezy umożliwiały powrót do codzienności, dawały im pewność siebie. Każdy, kogo spotkała na swojej drodze, miał wyjątkowe spojrzenie na własną niepełnosprawność w odniesieniu do reszty świata. Jednak dla Suz życie z jedną dłonią było jedynym jakie znała.

– Suzanne – głos wykładowcy wyrwał ją z zamyślenia – Jeśli chcesz cokolwiek osiągnąć w tej branży po otrzymaniu dyplomu, to musimy kontynuować tę ogromną pracę, która już została wykonana w celu poprawy ludzkiego życia. Życia osób takich…

Suz przyłapała go na szybkim zerknięciu na jej ramię, a następnie pospiesznym odwróceniu wzroku. Oto dyskomfort osoby, która potrafiła o niej myśleć wyłącznie jako o kimś wybrakowanym.

Nastąpiła kolejna chwila ciszy.

– Suzanne, jesteś wyjątkowa, potrzebujemy kogoś takiego jak ty w zespole.

W mgnieniu oka całkowicie pochłonęło ją wyczerpanie. Kogoś takiego jak ty.

Starała się, by w jej głosie nie wybrzmiał zawód:

– Więc mówi mi pan, że nie mam wyboru? -

– Masz – wyjaśnił promotor – ale uważam, że lepiej dla ciebie będzie, jeśli wybierzesz temat z listy.

Przejrzała dwie zadrukowane strony papieru leżące przed nią na stole. Kartki zostały starannie zszyte w górnym lewym roku. Przebiegła wzrokiem po tytułach potencjalnych projektów.

Optymalizacja protezy stawu kolanowego na potrzeby sprintu osób po amputacji.

Budowa palca wyczuwającego tarcie jako elementu chwytnego w protetyce i robotyce.

Funkcje mięśniowo-stawowe podczas chodzenia u osób po amputacji w obrębie piszczela.

– Ten dotyczący chwytania jest tobie zwyczajnie pisany. Jest stworzony z myślą o tobie, Suzanne.

Suz rzuciła okiem. Nie, to nie o to chodziło. Prawa dłoń nigdy nie była jej potrzebna, nigdy nie czuła się niekompletna. Jaki sens miała praca nad projektem, który polegał na zrobieniu z niej kogoś, kim wcale nie chciała być?

Suzanne CC-BY-SA Caitlin Like
Suzanne CC-BY-SA Caitlin Like

– Wybacz, że stawiam cię w takiej sytuacji – Matthias kontynuował – ale potrzebuję znać twoją decyzję do końca tygodnia.

– Tego tygodnia? – dziewczyna zaprotestowała – myślałam, że mamy kilka miesięcy na przedyskutowanie tego…

– Potwierdzenie tych projektów jest warunkiem otrzymania grantów, o które się staramy…

– Co to ma…

– Suz, tak to właśnie działa.

Zniecierpliwienie wkradało się do zazwyczaj spokojnego głosu promotora.

– Pomyśl o tym tak: otrzymasz szansę współpracy z pozostałymi najzdolniejszymi studentami na roku. Z tego może wyjść tylko coś dobrego - właśnie dlatego, że będziemy sobie nawzajem pomagać. Będziesz mieć gwarantowany staż w branży protetycznej. I nie ulega wątpliwości, że ktoś taki jak ty będzie na wagę złota.

Suz poczuła, że nie może oddychać. Każda kość w jej ciele zaczęła jej ciążyć. Dzikie zwierzęta w jej głowie wpadły w niekontrolowany szał.

Ktoś taki jak ty.

Matthias nie miał pojęcia o jej wewnętrznej walce.

– Zastanów się nad tym, dobrze? Po prostu powiedz mi, który temat ci odpowiada do końca tygodnia.

Nie zostało nic więcej do powiedzenia, więc Suz wstała i wyszła. Nie wiedziała nawet, czy się pożegnała, podziękowała, czy w ogóle coś powiedziała.

– Obiad sam się nie zje – Suz zdała sobie sprawę, że matka do niej mówi.

Na stole przed nią leżał talerz spaghetti carbonara, niemalże nietknięty. Dobrze pachniał, ale ona nie miała ochoty nic jeść. Nie chcąc wywołać burzy, demonstracyjnie podniosła widelec.

– Musisz jeść, córciu, strasznie schudłaś – matka usiadła obok niej – No powiedz co się dzieje. Myślałam, że masz się dzisiaj widzieć z promotorem.

– Widziałam się.

– No i…?

– Całkowicie zignorował moją propozycję – chce, bym pracowała nad protezami.

– To dobrze, prawda?

Suz spojrzała na matkę, starając się odpędzić agonię z twarzy, jednak nie udało jej się to. W głębi duszy wiedziała, że jej rodzice martwią się o jej niezależność. Chcieli patrzeć, jak kończy studia, dzięki którym zdobędzie pracę i zbuduje karierę – zapewniając pewien stopień bezpieczeństwa na przyszłość.

– Mamo, to mi nie gra.

– Tak – mama nagle wstała i odwróciła się, celowo udając się do kuchni nie wypowiedziawszy ani słowa więcej.

Był to znajomy moment: mama przerywająca rozmowę by uniknąć kłótni, na którą się zapowiadało. Na temat tego jak Suz wielokrotnie odmawiała dofinansowania do wsparcia edukacji specjalnej, które zmniejszyłoby ciężar finansowy spoczywający na rodzinie. Ten spór był stary, nierozwiązany i bolesny.

Mama wróciła z dwoma kubkami kawy. Suz znała to jej spojrzenie aż za dobrze, wymuszoną twarz pokerzysty, którą przybierała gdy walczyła ze sobą o zachowanie spokoju.

– Suz, naprawdę, myślałam, że masz to już za sobą.

Suz odłożyła widelec.

– Nie chcę spędzić życia robiąc rzeczy mające na celu przerobienie mnie na kogoś kim nie jestem – wściekłe lwy powróciły i uciekły z klatki – Nie jestem… wybrakowana. Chcę by ludzie dostrzegli, że ich definicja „normalności” nie jest właściwa – że to słowo może mieć różne znaczenia. Chcę by przestali wzorować nas na osobach pełnosprawnych…

– Suz, proszę cię – w głowie mamy wybrzmiało zmęczenie – Ci ludzie chcą ci pomóc coś osiągnąć. Czemu ich odtrącasz?

– Tak, wiem, rozumiem to – Wdech. Suz zdała sobie sprawę, że ona też nie chce kolejnej kłótni. Dlaczego mama tego nie rozumie?

– Mamo, ja… Nikt mnie nawet nie pyta jak zrobić świat lepszym dla mnie. Ludzie to po prostu… zakładają.

Suz spojrzała na swoją matkę, wyglądającą za okno. Minęła chwila ciszy.

Matka wzruszyła ramionami, jakby na znak, że opuściły ją resztki cierpliwości

– Może spróbowałabyś poszukać kompromisu między waszymi pomysłami? -

Kompromisu? Suz uniosła brew. Musiała przyznać, że mama może mieć rację. Może jest na to inny sposób.

– Jeśli nie zamierzasz zjeść obiadu, to go wyrzucę – dodała mama z gorzkim uśmiechem.

Suz przytuliła matkę szybko, po czym chwyciła talerz i położyła go na pustej półce w lodówce. Może zje później. Nawet w najgorszych chwilach marnowanie jedzenia nie wchodziło w grę.

Jej wewnętrzna, wściekła menażeria nie dawała się oswoić ani kontrolować. Suz sięgnęła do plecaka po kartki, które wręczył jej Matthias. Rzuciła je na drugi koniec pokoju.

Coś zadzwoniło, a jej telefon zabzyczał. Wygrzebała go w kieszeni płaszcza.

Wiadomość od Mandy: „Jak poszło?”

Za oknem, świat zewnętrzny nadal był jasny. W połowie dnia zaczęło pochmurnieć, ale pozostało jeszcze kilka godzin dobrego światła.

Śmignęła odpowiedź składającą się z jednego słowa: „Fotospacer?”.

Chociaż dla Mandy byłby to raczej audiospacer. Nieważne, znają się już wystarczające długo.

„Jasne. Widzimy się w Gliderze za 20 min?”

Nad rzeką było chłodniej niż w drodze do niej, jednak przyjemna pogoda przyciągnęła sporo osób, w tym trochę turystów. Jimi Hendrix wybrzmiewał z głośników w pobliskim ogródku piwnym. Niektóre kawałki nigdy się nie zestarzeją. Zapach świeżo upieczonego chleba z piekarni mieszał się z wonią palonej kawy wydobywającą się z klubokawiarni.

Suz wiedziała, że Mandy uwielbiała to miejsce ze względu na możliwości nagrywania pejzaży dźwiękowych: przypadkowe fragmenty rozmów pomieszane z wyjątkowymi odgłosami tła stanowiły ciekawy surowiec dla jej muzyki. Suz dbała o to, by na jej zdjęciach nie dało się rozpoznać konkretnych osób. Wolała skupiać się na pustych przestrzeniach, opuszczonych przez ludzi – by uwiecznić ślady, które ludzkość za sobą zostawia.

Ustawiła aparat na jednonogim statywie, przypominającym futurystyczną laskę. Sfotografowała wieżę skrzynek na zapleczu klubokawiarni, ulotną chwilę zanim ktoś wyszedł z kuchni i zaczął je wnosić do środka. Fotografia uliczna w tym samym stopniu opierała się na wyczuciu czasu co na estetyce.

Amanda CC-BY-SA Alisunki
Amanda CC-BY-SA Alisunki

– Cóż, jestem zawiedziona. – Podsumowała Mandy wysłuchawszy do końca relację Suz z wydarzeń tego dnia. Majstrowała w ustawieniach rejestratora dźwięku, kiedy odpoczywały nad rzeką – nawet cię nie wysłuchał?

– Nie.

– Ja… tego nie rozumiem. Przychodzisz z całym swoim intelektem i energią, a on po prostu ciska w ciebie listą własnych projektów?

– U nich to wygląda tak, że jeśli zaplanują projekty w konkretny sposób, to mogą się ubiegać o granty – usiłowała wyjaśnić Suz – Dodatkowo, część tych projektów praktycznie gwarantuje staż, więc sama już nie wiem. Nie jestem pewna co mam teraz robić.

– Hmm, rozumiem. To niech spierdalają – Mandy podniosła z ziemi otoczak i usiłowała puścić nim kaczki na wodzie. Odbił się raz, po czym zniknął.

– Nie mogę im po prostu kazać spierdalać, muszę się obronić i…

Mandy przerwała by poszukać kolejnego kamienia.

– Chcesz wiedzieć jak ja to widzę? To są projekty-zachcianki, napędzane interesem biznesowym, co nie?

Suz wzruszyła ramionami.

Mandy wskazała oskarżycielsko palcem na pusty punkt w powietrzu.

– Mówiąc krótko: usiłują się przypodobać tym, co mają już mocną pozycję na runku, żeby jeszcze więcej zarobić na osobach niepełnosprawnych. Jest to szpetny, podstępny kapitalizm. Dyktują ci jak masz wyglądać – jak masz funkcjonować – by liczyć się jako istota ludzka. Piekło na kółkach, słowo „brudny” nawet tego nie oddaje. Dlatego ja kazałabym im spierdalać.

Mandy zawsze umiała na wskroś przejrzeć cienką zasłonę usiłującą skryć dynamikę sił podtrzymującą status quo. Suz dała sobie czas na przetrawienie tego.

– Mama mówi, że muszę do tego podejść pragmatycznie. Chce bym była niezależna…

– Przecież jesteś niezależna!

– Nadal ma do mnie żal, że nie chciałam zgłosić się po zasiłek z tytułu niepełnosprawności.

– Czemu tego nie zrobiłaś?

– Nie wiem… Nie chcę by ludzie uważali mnie za kogoś, kto wykorzystuje system. Przecież ja go nie potrzebuję… Bo ja…

– Boisz się, że ludzie cię będą osądzać, że niby twoja niepełnosprawność daje ci jakieś specjalne przywileje? – Mandy dokończyła myśl za nią.

Tak, dokładnie o to chodziło. O bycie ocenianą. Suz pokiwała głową.

– Może jestem samolubna – westchnęła. To wszystko zaczynało się robić męczące. – Powinnam wybrać jeden z tych głupich projektów i to przełknąć. Zmienić system od środka. Zajmie to lata, ale… Może to najlepsza metoda?

Kiedy Mandy przez kilka minut nie odpowiadała, Suz podniosła na nią wzrok i przyłapała ją na głębokim zamyśleniu.

– No więc, Suz… mam taki pomysł, możesz odmówić.

– Tak…?

– A może by tak… jednak zgłosić się po ten zasiłek… i wziąć dziekankę.

– Co wziąć?

– Urlop dziekański – rok przerwy od studiów.

Suz wyglądała na zbitą z tropu. Mandy westchnęła.

– Posłuchaj mnie – forsa jest brudna, wiesz o tym? I kapitalizm jest wstrętny i nieludzki. Ale w takim świecie żyjemy. Na chwilę obecną nadal potrzebujemy pieniędzy do życia. No więc co by było gdybyś zgłosiła się po zasiłek…

Suz starała się nie wzdrygać na samą myśl.

– …i pomyślała o tym jak o „kieszonkowym”, dzięki któremu możesz realizować własny projekt w tym roku. Spójrz na to jako na coś, co pomoże ci odwrócić oczekiwania, które każdy przed tobą stawia: twoja matka, promotor. Wyznaczysz własną ścieżkę, nawiążesz własne kontakty, będziesz miała szansę na zaprojektowanie własnej przyszłości.

Zaprojektowanie własnej przyszłości? To wydawało się tak górnolotną myślą, że Suz aż się roześmiała mimowolnie. Mandy wydawała się rozbawiona, ale nie zniechęcona.

Suzanne shrugging CC-BY-SA Kimiooon
Suzanne shrugging CC-BY-SA Kimiooon

– Przemyśl to, guapa. Będziesz miała coś swojego, czym będziesz mogła się ostatecznie wykazać. Wszyscy w Gliderze chętnie ci pomożemy. My jesteśmy twoją drugą rodziną, która kocha cię taką, jaką jesteś. Wiesz to, prawda?

Ostatnie słowa Mandy zostały stłumione, ponieważ Suz rzuciła jej się w ramiona i przytuliła przyjaciółkę z całych sił.

Późnym rankiem, w piątek, Suz wróciła do budynku wydziału, kręcąc się przy drzwiach Matthiasa. W dłoni trzymała listę, wcześniej nieco pogniecioną, ale teraz wygładzoną by wyglądała na wielokrotnie czytaną. W plecaku znajdował się formularz, który wypełniła poprzedniego wieczoru – wniosek do dziekana o roczny urlop. Nie spała tej nocy. Bolało ją całe ciało, męczyły ją suche oczy. Jedna wersja przyszłości rozciągała się przed nią, przypominając tor przeszkód, druga przypomniała otwartą otchłań pełną możliwości, nie mniej przerażającą.

– Jestem pewna, że znajdziesz w tym jakąś radość – Powiedziała mama, gdy ponownie porozmawiały – będziesz pomagać osobom, które wykonują dobrą pracę w tworzeniu coraz bardziej zaawansowanych protez, ułatwiając tym samym życie innym, którym byłoby bez tego ciężko. Na początku może to wymagać pewnego wysiłku, ale to się opłaci. Przekonasz się.

Jej serce waliło zdecydowanie za szybko. Pot przyklejał papier do jej dłoni. Przełknęła ogarniającą ją panikę, jak ryba wyjęta z wody. Gazela uciekająca ile sił w nogach, nie mająca się gdzie ukryć.

Drzwi Matthiasa były lekko uchylone. Suz usłyszała, że z kimś rozmawia - pewnie przez telefon, ponieważ mimo wytężania słuchu, nie rozpoznała żadnego innego głosu.

– Ach, tak, mamy też Suzanne, jestem przekonany, że zgodzi się do nas dołączyć.

Suz zamarła na dźwięk własnego imienia. Głos promotora kontynuował.

– Jest naszą kartą przetargową. Jej… niepełnosprawność doda nam wiarygodności. Jestem pewien, że otrzymamy grant, i…

Suz nie poczekała aż usłyszy więcej. W drodze z budynku wydziału pogniotła trzymane w dłoni papiery i wyrzuciła je do kosza na śmieci. Jej plecak wydawał się nieco lżejszy, ponieważ zostawiła wniosek o dziekankę w skrzynce przed gabinetem dziekana.

Jej stopy kroczyły na autopilocie. Niebawem stała na zewnątrz Glidera. Panele słoneczne lśniły pomimo szarości dnia. Słoneczniki po obu stronach bramy wejściowej w pełni rozkwitły, zaś fasolki, które stanowiły składnik wielu wspólnych obiadów tego lata zdecydowanie się już wyczerpywały.

Nie spieszyła się na ścieżce: chłonęła zapach lawendy i krzewu rozmarynu. Wchodząc do środka, zatrzymała się by wyjąć swój projekt ze swej zamykanej szafki. Mandy nie było – jeszcze – prawdopodobnie gdzieś nagrywała. Robert siedział w tym samym kącie co zawsze, szkicując jakiś nowy projekt, możliwe, że na potrzeby kolejnej ekscentrycznej lampy. Zasalutował Suz gdy ta podeszła do stołu i rozłożyła prototyp.

Po ukończeniu pełnej wersji umożliwiającej całkowitą kontrolę nad aparatem cyfrowym zamierzała przygotować kolejne rzeczy. Na przykład nową metodę szybszego pisania na zmodyfikowanej klawiaturze, albo interakcji ze sprzętem AGD bez użycia głosu. Mogła stworzyć specjalnie zaprojektowane interfejsy, umożliwiające innym osobom, nie tylko niepełnosprawnym, dostosowanie technologii do własnych potrzeb. Bez ograniczeń uniwersytetu była w stanie zacząć rozwiązywać realne problemy.

Suz rozejrzała się po Gliderze, jego żywym wystroju i ciągłym rozgardiaszu projektów na wpół wykończonych. To był jej dom. Dzisiaj planowała zaprogramować nowy kontroler. Jutro zamierzała złożyć wniosek o zasiłek i wyznaczyć własną ścieżkę.

Suzanne at work CC-BY-SA Kimiooon
Suzanne at work CC-BY-SA Kimiooon

Pewne Prawa Zastrzeżone - CC-BY-SA 4.0 Pawel Ngei & Ana Sun, tłumaczenie Martyna Łysakiewicz


email icon webpage icon twitter icon mastodon icon